Single post

Sławomira Szymańska Specjalistka pielęgniarstwa operacyjnego

mgr Sławomira Szymańska – kierownik bloku operacyjnego

PONAD 30 LAT TEMU, GDY ZACZYNAŁAM SWOJĄ PRACĘ, ZESTAWY NARZĘDZIOWE BYŁY PAKOWANE W BAWEŁNIANE SERWETY. WTEDY NAWET NIE POMYŚLAŁAM, ŻE MOŻE BYĆ INACZEJ – CZASAMI ŻAŁUJĘ, ŻE NIE PISAŁAM PAMIĘTNIKA, BO BYŁABY TO NIESAMOWITA KSIĄŻKA.

Sławomira Szymańska – Kierownik Bloku Operacyjnego w Szpitalu Vital Medic, magister pielęgniarstwa, Specjalistka pielęgniarstwa operacyjnego to osoba o wielkim sercu i zaangażowaniu w swoją pracę, którą uwielbia. Zapytana o powód, dla którego zdecydowała się pójść w tym kierunku, odpowiada:

Zawsze miałam takie wrażenie, że będąc członkiem zespołu operacyjnego to w jakiś sposób moja praca będzie bardziej wartościowa. Uznałam, że bardzo chcę tak pracować.

„PANI KIEROWNIK!”

Był w moim życiu taki moment, gdy powiedziałam do brata „wiesz co, przywiózł byś mi to, to i to, a najlepiej zrób to teraz…”, na co on mi odpowiedział „Pani kierownik!”. Myślę, że czasami po prostu zdarza mi się organizować wszystkich dookoła, także poza pracą. Jak coś trzeba wykonać to ja zaraz przydzielam obowiązki każdemu, a w pierwszej kolejności sobie.

Zajmuję się organizacją pracy całego bloku operacyjnego – zgodnie z planem zabiegów ustalam zespół pielęgniarek operacyjnych na dany dzień. Zabiegi neurochirurgiczne to wysoko specjalistyczne procedury, czasami potrafią mieć wiele niuansów, przez co generują  potrzebę dodatkowego zabezpieczenia w sprzęt lub aparaturę. Dlatego dbam, aby wszystko, co będzie potrzebne było na stanie. Zajmuję się też sterylizacją – dezynfekuję, myję narzędzia, później je składam i sterylizuję. Wyposażenie w nowoczesne urządzenia niewątpliwie ułatwia tą pracę.

Jestem też członkiem zespołu i bywa, że asystuję do zabiegów lub jestem pielęgniarką pomagającą. Praca na bloku operacyjnym jest bardzo ciężka. Podczas długich zabiegów zespół  usiłuje dać ujście emocjom i zmęczeniu, wynikającym z napięcia. Mamy możliwość włączenia muzyki na sali operacyjnej i z tego korzystamy, więc najczęściej muzyka leci w tle – oczywiście czasami głośniej, gdy nas porywa. Owszem, zdarzają się operacje, które wymagają dużego spokoju i wtedy zwyczajnie wszystko przeszkadza.

WTEDY LUDZIE JAKOŚ PRZEŻYWALI

Ponad 30 lat temu był jeden podstawowy zestaw, z którego trzeba było dobierać sobie narzędzia do danego zabiegu, a następnie  przykryć go .jałowymi serwetami. W ten sposób jeden zestaw służył cały dzień. Jak czegoś brakowało to pęsetą musiałam odsuwać tą serwetę, ostrożnie żeby niczego nie dotknąć i wyciągnąć sobie to potrzebne narzędzie… gdybym coś pobrudziła to byłby już koniec.

Teraz do każdego zabiegu mamy osobny zestaw i nie ma problemu. Wtedy był tylko jeden, olbrzymi, który musiał wystarczyć na przykład do wykonania trzech zabiegów. Dzisiaj wiemy, że jak coś jest przykryte, szczególnie bawełną to przecież się kurzy, są pyłki z materiału… ale wtedy ludzie jakoś przeżywali.

Kiedyś nie było centralnej sterylizatorni, nie było maszyn takich, jak dzisiaj – były wanny do mycia, szczoteczka i  wszystko trzeba było wymyć ręcznie. Każdy to robił po swoim zabiegu, więc najpierw człowiek nastał się na sali ileś godzin, a później to wszystko musiał umyć, poskładać i wysterylizować.

GIPS I INNE ABSURDY PRZESZŁOŚCI

Na nocnej zmianie przygotowywało się opatrunki gipsowe, teraz to nie do pomyślenia. Był taki rytuał, że z gazy cięło się pasy według określonych norm, była puszka z gipsem i łyżka, taka zwyczajna, stołowa, którą  nabierało się gipsu i sypało po tej gazie, rozcierało żeby było równo i składało. W tej chwili produkowane są opaski gipsowe, o różnych szerokościach zapakowane i gotowe do użycia.

Jeszcze było coś takiego jak klejenie rękawiczek – jak zrobiła się dziura, to w tym miejscu naklejało się łatę. Teraz wydaje mi się to obrzydliwe i nie wiem, jak to wtedy było możliwe. Po prostu rękawiczki były wielokrotnego użytku – po zabiegu lekarze je zrzucali, a następnie trafiały do mycia pod bieżącą wodą – nie dezynfekowało się ich. Nad korytem w brudowniku był sznurek, na którym te rękawiczki sobie wisiały i jak wyschły z jednej strony to się je przewracało na drugą. Wieczorem, jak już były suche to się je talkowało w kuwecie, przewracało na drugą stronę i zawijało w płaty ligniny.

Jak w puszce brakło małych rękawiczek to  używało się tego, co było. Wtedy taką rękawiczkę  zakładało się aż do łokcia, żeby ją maksymalnie naciągnąć. Palce przecież nie mogły wisieć – no bo jak wtedy precyzyjnie np. założyć igłę na imadło? Wtedy samemu nawijało się nitkę na igłę – teraz są gotowe z wtopioną nitką i już właściwie innych się nie używa. Kiedyś tego nie było i w tych rękawiczkach za dużych o dwa rozmiary jakoś trzeba było sobie poradzić.

ZASTRZYK ADRENALINY I DZIECI

W szpitalu Vital Medic operowane są także dzieci, ale są to operacje planowe. Mamy  świadomość, że dziecko jest zdrowe, a po operacji opuści szpital i nie będzie pamiętać co tutaj się działo.

Najbardziej zawsze przeżywałam, gdy dziecku działa się krzywda. Pamiętam taką dziewczynkę sprzed lat, która miała poparzoną przednią część ciała. Zapaliła się na niej sztuczna piżama i w momencie stanęła cała w płomieniach. Żeby ją uratować trzeba było hodować  w laboratorium keratynocyty, bo brakowało zdrowej skóry, którą można było wykorzystać do przeszczepu. Dziewczynka miała chyba siedem lat, przez około dwa miesiące była w śpiączce farmakologicznej. Trudno policzyć ile razy była operowana.

Adrenalina działa i człowiek inaczej funkcjonuje pod jej wpływem, niż gdyby przyglądał się stojąc z boku. Otwarte złamania nogi, kiedy kość wystaje ponad skórę i trzeba tą nogę trzymać, a ona jest wiotka… to są różne przeżycia, o których się nie myśli w danym momencie, bo wtedy liczy się szybka pomoc i później już ich człowiek nie pamięta. Najlepiej jest zamknąć drzwi za sobą i o tym już nie myśleć – niestety nie zawsze się udaje. Ja zdecydowanie najlepiej odreagowuję w rodzinie, która pochłania całą moją uwagę.

CHCĄC JESZCZE WIĘCEJ

Na bloku operacyjnym pacjenci są wystraszeni, albo wręcz przeciwnie – wyciszeni przez premedykację. Dlatego każdy potrzebuje czuć się bezpiecznie, tym bardziej, że znajduje się w specyficznej, traumatycznej sytuacji. Na pewno jest mu łatwiej, gdy czuje, że ktoś się nim opiekuje. W jakimś wielkim szpitalu, molochu trudno jest być miłym dla każdego pacjenta, ale to nie jest niemożliwe, wystarczy chcieć.

Jedna z naszych koleżanek na konferencji powiedziała, że pracę na bloku operacyjnym można kochać albo nienawidzić i nie ma innej opcji. Jak ktoś kocha, to wytrzyma wszystko. Ciągle trzeba się uczyć, ale jak ma się ciekawość tego, co się robi to myślę, że jest to niezwykła  przygoda.

Vital Medic to nowoczesny, dobrze wyposażony szpital, a jednocześnie specyficzne miejsce, w którym znaleźli się ludzie, którzy posiadając wiedzę i doświadczenie chcą czegoś więcej niż rutynowe wykonywanie swoich obowiązków i tutaj mają możliwość realizacji. Ja jestem bardzo zadowolona i nigdy bym nie zamieniła swojej pracy na żadną inną.